20 maja 2013

Imiona nie są ważne

I w końcu stało się. Siódmy sezon przygód Doktora dobiegł końca, a ja poczułam nieodpartą potrzebę podzielenia się wrażeniami po ostatnim odcinku. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał lepiej niech tego nie czyta, bo mogą pojawić się spoilery.

Nie wszystko złoto co się świeci. Szczególnie w przypadku Doktora.

17 maja 2013

Przygody Sindbada Żeglarza, Bolesław Leśmian

Tytuł polski: Przygody Sindbada Żeglarza
Autor: Bolesław Leśmian, Wiesław Rosocha (ilustracje)
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1992
Ilość stron: 248

Pomiędzy kryzysami, kiedy to jedyną literaturą z jaką mam do czynienia jest gazeta, zawsze jest czas intensywnego czytania, kiedy pochłaniam książki w zastraszającym tempie (góra trzy dni na książkę), oraz w ilościach hurtowych. A ponieważ pamięć mimo wszystko ma ograniczoną pojemność, więc czasami by  zwolnic miejsce dla nowego tytułu, informacje o tych czytanych kiedyś spychane są do  rzadko używanych obszarów. I w ten sposób na długie lata o pewnych książkach zapominam. I jedną z takich zapomnianych książek są Przygody Sindbada Żeglarza.

16 maja 2013

Siódme niebo

Bywam wybiórczo ślepa. Naprawdę bardzo ślepa na wszystkie fakty niezgodne z rzeczywistością, o ile tylko skutecznie odwróci się moja uwagę intrygą, lub ciekawym bohaterem. Bywam również wyjątkowo tolerancyjna. Zniosę nagłe zmiany w dekoracjach, rozwiązania sugerujące, że scenarzysta zgubił skrypty do poprzednich odcinków, lub doznał nagłej amnezji, byleby tylko w historii pozostało to coś, co mnie do niej przyciągnęło na początku[1]. I mimo tych predyspozycji, oraz ogólnej miłości do Doktora, moja znajomość z Jedenastym była najeżona wybojami, niczym dobra kasza skwarkami. Ale w końcu stało się. W momencie, kiedy straciłam już całą nadzieję, że to kiedykolwiek może nastąpić, jednak odbiło mi na punkcie Jedenastego tak samo mocno jak na punkcie wcześniejszych wcieleń.

Dobry Doktor, to zły Doktor, albo przynajmniej opętany, czyli inaczej mówiąc, moje uwielbienie
dla Władcy Czasu rośnie wprost proporcjonalne do stopnia jego szaleństwa (źródło).

8 maja 2013

Prousta, Prousta czytać będę!

Bo mi się harlequiny i literatura współczesna znudziły, więc potrzebuję czegoś zupełnie odmiennego, zarówno w formie, jak i w treści. A czyż najlepiej warunku tego spełniać nie będzie W poszukiwaniu straconego czasu?

Chęć przeczytania tego bynajmniej nie wynika ze snobizmu i próby szpanowania: Spójrzcie, Prousta czytam, ale z autentycznego uwielbienia dla dzieła. W poszukiwaniu straconego czasu już kiedyś czytałam. Dawno, dawno temu, i co prawda tylko tom pierwszy, ale czytałam. I się w specyficznym stylu Prousta zakochałam, przy czym nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Przeczytanie W stronę Swanna zajęło mi ponad półtora roku i udało się dopiero za drugim (a może i trzecim) podejściem, bo zasypiałam po kilku stronach, gubiłam się w zdaniach tak długich, że na ich końcu człowiek nie pamiętał już, o czym był początek i miałam problem z odnalezieniem się w opisywanej historii. Ale z czasem przyzwyczaiłam się do specyficznego stylu, polubiłam powolną narrację oraz brak zaskakującej intrygi i akcji pędzącej do przodu w zastraszającym tempie. I kiedy zamknęłam tom pierwszy, przez długi, bardzo długi czas nie mogłam znaleźć kolejnej książki do czytania; po drugi tom nie byłam jeszcze gotowa sięgnąć, a każda inna książka nijak mi stylem nie odpowiadała.

Ale Proust mi w pamięć zapadł, bardzo mocno i bardzo głęboko, i czasami chęć przeczytania kolejnych tomów dawała o sobie znać, ale z różnych przyczyn nie była wcielana w czyn. Aż do dnia dzisiejszego, kiedy to wyciągnęłam z półki przykurzony nieco tom pierwszy i z determinacją godną lepszej sprawy zaczęłam poszukiwania pozostałych na allegro, oraz rozważania nad tym, jakie wydanie (i w jakim stanie) w komplecie chcę na półce postawić, oraz czy mnie na taki zakup stać, bo Proust, w zależności od wydania i stanu, w jakim się ono znajduje, jest dość drogi. Ale na ostateczną decyzję mam jeszcze trochę czasu, a póki co czytam ów tom pierwszy, tym razem bez gubienia się i zasypiania w trakcie lektury, i znów się Proustem zachwycam.

5 maja 2013

Preity w krainie obrazków

Jestem wydawcą ebooków. Co prawda tylko na użytek własny, ale od dwóch tygodni, jak tylko wygrzebałam się z dołka związanego z ograniczeniami kindle, składam ukochane fanfiki i inne opowiadania w coś, co kindle raczy przyjąć. A ponieważ każda porządna książka powinna mieć okładkę, więc przy okazji robię i okładki. Ja, o której zazwyczaj w kontekście talentów artystycznych w naszym domów mówiło się na końcu. Bo ja jestem umysł ścisły, a duszą artystyczną jest Blondynka. A przynajmniej tak było w dzieciństwie, bo z czasem okazało się, że obie równie dobrze sprawdzamy się zarówno w sferze artystycznej jak i naukowej. Co prawda zdecydowanie różnymi talentami dysponujemy, ale zaszufladkowanie nie do końca jest już tak oczywiste.

Chociaż rysować i tak nie potrafię, ale by przygotować okładkę talenta do rysowania nie są potrzebne. Wystarczy umiejętność obsługi programu graficznego. Takiego GIMPa na ten przykład. Więc w ostatnich dniach oprócz montowania ebooków, siedzę i masowo okładki produkuję. I przeglądam moje stare gimpowe wypociny, i co gorsza postanowiłam pochwalić się nimi przed światem...