30 września 2014

Jaram się... (9)

Jesień idzie, zimno się robi, a mi umysł płonie i jaram się niczym stonka wykopkami, ponieważ:
  • Czytam książki ze świata Stargate, i o ile Stargate SG-1 Ashley McConnell jest co najwyżej poprawną adaptacją odcinka Children of Goods (autorka zdecydowanie nie wykorzystała potencjału drzemiącego w tej historii), tak Sacrifice Moon Julie Fortune jest naprawdę fantastyczną opowieścią o przygodach Jedynki i ich wzajemnych relacjach. A co najważniejsze O'Neill jest dokładnie taki jaki powinien być.
  • Ponieważ książki są długie, a czytanie idzie mi powoli zabrałam się również za fanfiki ze świata Stargate. Głównie te skupiające się na przyjaźni między Jackiem i Danielem, bo próba przeczytania  slashu skończyła się... źle. I w ten sposób trafiłam na prace clair beaubien, po których mój poziom świrowania na punkcie Jacka i Daniela osiągnął stan krytyczny (czyt. Preity zawinięta w kocyk, z kubkiem gorącej herbaty śni na jawie i czyta po raz setny ulubione fragmenty). No ale po fikach takich jak Boundaries, Need, Rothman lub Safe Home naprawdę nie da się nie świrować.
  • Oglądam Saving Hope - serial będący powrotem na mały ekran (w roli głównej) Michaela Shanksa. A właściwie to próbuję oglądać, bo przez nadmierne obecnie ujaranie się Danielem Jacksonem, które przekłada się również na grającego go aktora, włączył mi się system bezpieczeństwa, który skutecznie mnie od tego oglądania odwodzi. W końcu trzeba chodzić do pracy i jakoś w miarę normalnie wyglądać, a nie szczerzyć się głupio do całego świata. Ale cieszy mnie premiera trzeciego sezonu i zapowiedź DVD z drugim na brytyjskim amazonie, co oznacza, że za jakiś czas będę mogła kolejną zdobycz ustawić na półce (jak tylko znajdę jakiś kawałek wolnego miejsca).

7 września 2014

Cztery rzeczy, które przeoczyłam…

...oglądając Children of Gods po raz pierwszy. Mimo licznych powtórek na Pulsie, nigdy nie było mi dane obejrzeć tej historii w całości, bo zawsze jakoś udało mi się włączyć odcinek w połowie, albo coś mnie w trakcie od oglądania odciągało. Ale w końcu go obejrzałam, i okazało się, że kilka ciekawych rzeczy przegapiłam.

3 września 2014

Pantofelki dla Kopciuszka

I dla księcia również, ponieważ mamy XXI wiek i równouprawnienie, więc książęta również buty gubić mogą. Tylko gorzej, że książęta oprócz swoich, potrafią zgubić również buty swojej drugiej połówki. Tak jak Panu i Władcy udało się to ostatnio z naszymi butami. A było to tak...

25 sierpnia 2014

Goodbye my love

Moja cierpliwość do szalonych pomysłów scenarzystów rozmiarami przypomina Wielki Mur Chiński. Zdaje się ciągnąć bez końca i prawdopodobnie dałoby się zobaczyć ją z kosmosu. Dzięki temu, w przypadku ulubionego serialu zawsze jestem w stanie przełknąć dziury fabularne i marnowanie potencjału, za które scenarzystę (lub scenarzystów) należałoby wytarzać w smole i pierzu. Ale tak jak Wielki Mur Chiński moja cierpliwość ma swój początek i koniec. I kiedy dotrze się do jej kresu, żadna siła nie jest w stanie mnie przy serialu zatrzymać.

Nie przepadam również za zmianami. Zbyt duża rewolucja w serialu zawsze dla mnie będzie powodem do psioczenia, na czym świat stoi i ogólnego kręcenia nosem. Co prawda z oporami, ale zazwyczaj po jakimś czasie, jestem w stanie się do owych zmian przyzwyczaić, zaakceptować, a nierzadko nawet je polubić i zawiesić zrzędzenie na kołku. Chociaż czasami zdarza się, że nijak to nie wychodzi. I wtedy również jedynym wyjściem jest rozstanie się z serialem, nim zostanie przekroczona cienka linia dzieląca miłość od nienawiści.

I dlatego tym razem nie skorzystałam z zaproszenia i nie wsiadłam do niebliskiej budki podróżującej przez czas i przestrzeń.

23 sierpnia 2014

Syndrom Maggie Carpenter

Z pierwszej wersji niniejszego tekstu ostał się ino tytuł. Bo ładny. Niestety cała reszta już taka ładna nie była. Ale na szczęście, zazwyczaj nim coś "puszczę w świat" czekam przynajmniej jeden dzień (a czasami dłużej), aby nieco mi emocje związane z tekstem opadły i po owej przerwie czytam swoje wypociny ponownie i nanoszę niezbędne poprawki. Niestety, tym razem cały tekst wymagał kompletnego przeredagowania, bo pierwsza wersja była niczym kop z półobrotu zaserwowany prosto między oczy. Naprawdę już dawno nie zdarzyło mi się napisać czegoś tak patetycznego i emującego na wszelkie możliwe sposoby, że nawet ja, wielki miłośnik patosu (i umiarkowany emowania) nie byłam w stanie tego znieść. Tak więc zamiast pseudofilozoficznych rozważań i wzniosłego bełkotu krótkie ogłoszenie. 

Na czas bliżej nieokreślony wynoszę się z for, na których zazwyczaj można mnie było znaleźć. I prawdopodobnie również z innych części Internetu. Nadal da się mnie złapać przez blog, email, lub twittera. Taka przerwa jest mi potrzebna, aby wrócił mi prawidłowy osąd rzeczywistości, a pewne rzeczy ponownie ułożyły się we właściwej hierarchii. Jak tylko mi się poprawi to wrócę, a na razie nie ma sensu karać całego świata swoją obecnością. Wystarczy, że Pan i Władca musi ze mną wytrzymać.

A oto Maggie Carpenter we własnej osobie (źródło). Na autora (lub autorów)
najlepszej teorii czym jest syndrom Maggie Carpenter czeka
stadko kolorowych kurczaków - o takich, ale zdecydowanie bardziej kolorowych.
A mój problem jest tylko podobny do tego jaki miała Maggie.