28 grudnia 2013

Le roi est mort, vive le roi !

Mimo wielu pozytywnych opinii, jakie się na temat świątecznego odcinka pojawiły, niestety ja go na listę swoich ulubionych raczej nigdy nie wpiszę, mimo że doceniam zamknięcie dotychczasowych wątków w naprawdę genialny i fantastyczny sposób. A dlaczego?

Bo było za dużo grzybów w tym barszczu, i większość pojawiających się smaczków i nawiązań do poprzednich serii była dla mnie niczym łzawe pożegnanie Dziesiątego z dawnymi towarzyszami. Bo Clara była tak doskonała i urocza, że z miejsca trafiła na listę postaci „do odstrzału”. Jej niezachwiana wiara w Doktora, jego decyzje i niemalże automatyczne pogodzenie się z całą sytuacją uczyniły z niej postać wyjątkowo irytującą. I nieco nierealną. Bo brakło w tym wszystkim czasu, by na spokojnie całą historię opowiedzieć. Wszystko działo się za szybko, i nim się człowiek zorientował, co się dzieje, Doktor znalazł się już u schyłku jego życia.

Jedyne, co z tego odcinka chcę zapamiętać to scenę regeneracji. Tą w TARDIS. Zdjęcie muszki, spotkanie z Amelią, tą małą i tą dorosłą. To było genialne i miało niesamowity urok, którego niestety zabrakło całej reszcie odcinka. Ale umarł król, niech żyje król! Może następnym razem będzie lepiej, bo przecież, mimo wszystko Steven Moffat to naprawdę genialny scenarzysta.
Udostępnij:

2 komentarze:

  1. W sumie Clarze jakaś wada by się przydała, fakt. Masz jakieś pomysły? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie mam, ale mam nadzieję, że w nowym sezonie będzie nieco lepiej.

      Usuń